„Więc siedziałem sam w przedziale i mój mózg zaczął intensywnie pracować, jak zawsze po godzinach pracy, kiedy wracam pociągiem i koła wystukują rytm. Sam bilet (kwartalny), mówię sobie, kosztuje dwanaście funtów rocznie, a zarabiam jakieś siedem i pół szylinga na dzień. Tyle, ile kosztuje samo jedzenie, picie i papierosy, żeby nie opaść z sił i dowlec się wieczorem do domu, gdzie się walę na łóżko jak trup. A jeśli dodać, a właściwie odjąć komorne, materiały piśmienne, prenumeraty, przejazdy tramwajami, opał i światło, strzyżenie i golenie, napiwki, utrzymanie domu i ogrodu, koszty reprezentacyjne i tysiące innych nieprzewidzianych wydatków, to summa summarum wyjdzie, że powiększyłbym swoje dochody, gdybym przez okrągły rok leżał w łóżku, zmieniając tylko co dwa tygodnie piżamę.
Z drugiej strony, myślę sobie, w domu będą cię zadręczali tym gospodarstwem — ścieraniem kurzy, zamiataniem, wietrzeniem, wiórkowaniem, pastowaniem, praniem, wyżymaniem, suszeniem, koszeniem, przycinaniem, spryskiwaniem, pobielaniem, oczernianiem, kopaniem, grabieniem, gracowaniem, walcowaniem, mieleniem, tarciem, tłuczeniem, ubijaniem, tupaniem, trzaskaniem… A do tego wszystkiego jeszcze bachory, te małe zadowolone, wrzeszczące, szczęśliwe bachory sąsiadów. Żeby sobie wyrobić o tym wszystkim jakie takie pojęcie wystarczy sobotnie popołudnie i niedziela. A co dopiero w dzień powszedni? W środę? Albo w piątek? Co się musi dziać w piątek?
Więc przypomniał mi się mój przytulny kantorek na bocznej uliczce, w suterenie, ze swoim na pół zatartym szyldem, z otomaną, z pluszowymi obiciami, i jak to jednak rozkosznie być tam żywcem pogrzebanym, choćby tylko od dziesiątej do piątej, z buteleczką jasnego piwa z jednej strony i kawałkiem mrożonej ryby z drugiej. Nic, pomyślałem sobie, nawet urzędowe świadectwo zgonu, nie będzie ci w stanie tego zastąpić.”
„Którzy upadają” S.Beckett przełożył K.Zarzecki
Dodaj komentarz