„Ślepiec podniósł się z ziemi i bezwiednie powtarzając słowa nieznanego Męża: „Idź i obmyj się w sadzawce Siloah” (…) Ściągnął tunikę do pasa. Umył ręce, zaczerpnął wody i obmył nią oczy, twarz, piersi, szyję i znowu oczy, i wtedy poczuł w sobie ognisty żar, i ujrzał płomienie, których nie umiał nazwać, bo nigdy płomieni nie widział, a teraz właśnie je widział, a widząc je, wciąż nie wiedział, co one znaczą i czym są, więc wpatrywał się w nie, a ponieważ nigdy dotychczas w nic się nie wpatrywał i nie rozumiał, co znaczy wpatrywanie, nie pojmował, czy to, co było przed nim, naprawdę było, czy było może tylko jakimś innym rodzajem słyszenia, dotyku, zapachu.
(…)
I tak borykając się z nacierającym na niego światłem, od którego nie mógł się uwolnić, bo wpełzało w niego oślepiającą strugą – ta oślepiająca jasność przyprawiała ślepca o dotkliwy ból – błagał Pana o ratowanie go przed przerażającym żywiołem, rozsadzającym mu czaszkę.
(…)
I znów zaczerpnął w obie dłonie wody, i obmywał nią twarz i sklejone błotem oczy, i chlustał na nie wodą, chlustał, obmywał je, przecierał, tarł, wycierał i znów chlustał wodą, aby tylko ochłodzić ich bolesną, aż do samego wnętrza sięgającą ognistość i zmyć z nich widzenie tego, co widział, ich odkrywczą, żrąco-jarzącą jasność, bulgocące bełtanie
barw, błyskające bluzganie barw, burzę barw, wirujących, kłujących… Zachwiał się, oparł się plecami o mur i – zawył.
(…)
Bał się otworzyć oczy. Ale skusiła go obcość otaczającego go świata. Podniósł powieki. Wszystko, co go otaczało, różniło się od siebie nie tylko innością kształtu, o czym zresztą zawsze wiedziały jego palce, ale także… Tego „także” nie umiał określić słowami, więc poprzestał tylko na stwierdzeniu, że to „także” stanowi nieodłączną cechę każdego kształtu i wyrażone jest za pomocą czegoś, czego on, biedny ślepiec, nigdy dotychczas nie znał. I wtedy zrozumiał, że widzi.
(…)
Pośpiesznie naciągnął tunikę i z krzykiem runął przed siebie. Biegł schodami pod górę, zdyszany przystanął, zawrócił, biegł w przeciwnym kierunku, nie wiedział, gdzie się znajduje, bo widział, więc raz po raz zamykał oczy, dotykał palcami murów, bruku, schodów, rynsztoków, bram, aby połapać się przy pomocy widzących palców w topografii miasta, znowu otwierał oczy i znowu pędził przed siebie, zataczając się i potykając o kocie łby. Obijał się jak pijany o ściany domów i krzyczał, krzyczał, krzyczał niezrozumiałym bełkotem, a była w nim wielka, wielka radość i z nadmiaru radości nie uświadamiał sobie radości, i z nadmiaru szczęścia nie uświadamiał sobie pełni szczęścia, bo nad radością i szczęściem górował lęk przed Mężem, który dokonał cudownego uzdrowienia,”
„Jezus z Nazarethu” R.Brandstaetter